"W każdym małżeństwie to nie droga jest trudna, lecz trudności są drogą"
(Soren Kierkegaard)

środa, 17 grudnia 2014

180 zł...

... prawie tyle kosztowała mnie dzisiejsza dawka synagisu dla Adasia.

Budzę się rano, coś kurna jasno... aaa, budzik nie zadzwonił. Spóźniona, bo mój kuzyn który miał nas podwieźć już czeka, coś tam na siebie wkładam, karmię Adasia, przebieram, i leeeecę, bez śniadania.

Załadowaliśmy się do samochodu, kuzyn przekręca klucz w stacyjce... silnik zrobił pyyyrk... i nic. przekręca drugi raz, trzeci, siódmy, zagląda pod maskę, coś tam dłubie, i nic, nic nic...

Szukam alternatywy, wydzwaniam do znajomych, czy może ktoś mógłby nas teraz już podwieźć do Gdańska, ale nikt nie odbiera, kuzyn dzwoni do swojego znajomego i nic..

No i zostaje jedno wyjście. Taksówka. W pierwszą stronę zapłaciłam całkiem znośnie, bo 67 zł. Ufff.

Za to w drugą się wygłupiłam kompletnie. Zamiast zadzwonić i zamówić taksówkę przez centralę, wzięłam z postoju, żeby nie czekać. Założyłam zbyt naiwnie ludzką uczciwość....

Pan był bardzo miły, ale zapłaciłam 110 zł.

Także tego. Ostatnio z zaskoczeniem przyjęliśmy wiadomość, że możemy się starać o zasiłek rodzinny dla naszych dzieci. Także otrzymaliśmy całkiem niespodziewanie zastrzyk pieniążków. Myślałam żeby przeznaczyć je na coś innego, no ale na taksówkę dla mnie i dla Adasia też jest ok... w końcu chociaż jeden dzień jechaliśmy jak pany, nie na łasce drugich.

Ot, i tak 180 zł poszło się kochać.

czwartek, 11 grudnia 2014

Miłość nie ustaje II

Był czas, kiedy w kryzysie, wylewałam tutaj swoje żale na Męża.
Był czas, kiedy nie mogłam sobie poradzić z problemami, naszymi problemami z naszą relacją, z obowiązkami, z jednością. Nie potrafiłam znaleźć rozwiązania, uciekałam w wirtualny świat, tu gdzie byłam rozumiana, gdzie mogłam się wyżalić i znaleźć wsparcie.
Był taki czas kryzysu. Tutaj, a potem na prywatnym blogu.
Gdzieś jeszcze są te posty.

Wtedy otrzymałam też przez formularz kontaktowy pewnego maila. Zrobiło mi się nieswojo jak go przeczytałam. Bardzo nieswojo. Pewna osoba pisała mi, że blog to najgorsze miejsce do opisywania swoich problemów małżeńskich. Że nie powinnam tego robić. Chciałam tej osobie odpisać, że to przemyślałam, że mam swoje powody, że... Nie zrobiłam tego, bo zwyczajnie zabrakło mi argumentów. Wiedziałam kto ma rację.

Wtedy też przerwałam pisanie. Na jakiś czas. Później założyłam bloga prywatnego, tam pisałam o bardziej prywatnych sprawach. Czy czułam się przez to szczęśliwsza? Czy to mi pomagało w jakikolwiek sposób? Sama nie wiem.

Od jakiegoś czasu, od narodzin Adama, nasze relacje chyba sam Bóg przemienił. Z pewną nostalgią ale i śmiechem czytam swoje pierwsze wpisy tutaj, o tym jak się kochamy i jak wiele wiemy o miłości. Nic nie wiedzieliśmy. Ale przyszedł On, i razem z ocaloną duszą maleńkiego Adasia, zwrócił nam naszą miłość, przemienioną...

Czasem gdzieś się znów zagubimy, przestajemy rozmawiać, przestajemy siebie rozumieć. Miłość, związek, małżeństwo, to na dłuższą metę ciężka praca. Zakochanie przeminie, motylki ulecą. Pierwsze dziecko, obowiązki, świat przestawiony do góry nogami, nowe priorytety. Żona w drugiej ciąży wymaga opieki, niespełna dwuletnie denerwuje, przymusowe (czy naprawdę nie mieliśmy wyjścia? dziś już inaczej bym wybrała) rozdzielenie oddala jeszcze bardziej. Obowiązki, strach o pracę, o przyszłość, czy da się w czwórkę wyżyć z jednej pensji. Wzajemne oskarżenia i niezrozumienie. Emocjonalnie nie daliśmy rady, uciekliśmy oboje, tylko że w inne rzeczy.

Czy miałam prawo oskarżać go tutaj, opisywać jego błędy i potknięcia? Nie miałam.

Myślę, że sama sobie wystawiłam świadectwo. Nie byłam w niczym lepsza od niego. Byłam nawet gorsza, bo on moje błędy zachował dla siebie.

Teraz patrzę na to inaczej. Patrzę na naszą relację nie jak na spółkę handlową, tylko coś więcej. Przed tym czymś więcej uginają mi się kolana, bo to jest coś niesamowitego. To jest jedność. Wspólnota. Nasza droga, nasze stawanie się lepszym, nasze powołanie. Zupełnie inaczej przeżywam teraz jakieś nieporozumienia, kłótnie. Jesteśmy tutaj na ziemi sami, dla siebie. Wybraliśmy właśnie siebie. Chcieliśmy siebie. To jest coś nie do opisania. Coś, co kiedyś określiłam tutaj jako nową rzeczywistość, którą stworzyliśmy razem z Bogiem.  Zupełnie inaczej patrzę na tą pracę którą wkładamy w ten związek. Zupełnie inaczej patrzę na niego. To jest mój MĄŻ, to jest cząstka mnie. Jesteśmy RAZEM.

Kiedyś w chwilach kryzysu powtarzałam sobie w myślach, że go nienawidzę. Pojęcia nie macie, jaką moc ma w sobie takie przeklinanie drugiego. Powtarzałam: Nienawidzę, nienawidzę, i nienawidziłam coraz bardziej. Dzisiaj powtarzam: Kocham, kocham. Pojęcia nie macie, jaką moc ma takie błogosławienie. Powtarzam: kocham, kocham- i kocham coraz bardziej. To mnie przemienia.

Zdaję sobie sprawę z tego, że słowa nawet w połowie nie oddadzą tej rzeczywistości, w której wspólnie żyjemy. To trzeba przeżyć i tego doświadczyć. I czasem trzeba sięgnąć dna, żeby mieć się od czego odbić.

I wiem, że jeszcze będą nieraz problemy. Nieraz pewnie będziemy w kryzysie, i może to będzie kryzys jeszcze głębsze, bo to nie koniec naszej wspólnej drogi, to dopiero początek... Dalej czasem czuję się bezradna, czasem sił brak, czasem krzykniemy tak, że u sąsiadów szyby się trzęsą, a czasem przeklniemy. Czasem znów, jak jestem rozdrażniona, odbiorę coś nie tak jak powinnam, i dalej on, jak czasem wraca zmęczony z pracy, rozładuje swoje emocje na mnie..Ale wierzę z całej siły, że przez to wszystko dobrniemy bezpiecznie do finału i spotkamy się z Nim po drugiej stronie.

Ciągle pamiętam ten mail, jeśli zagląda tu jeszcze jego autorka, to pozdrawiam ją serdecznie i dziękuję.
Ciągle też myślę, o tym, by te niechlubne posty usunąć. Tak by było dla mnie łatwiej, nie pamiętać. Usunąć, nikt nie będzie wiedział, że kiedyś popełnilam taki błąd, nikt nie zapamięta. Ale póki co, się na to nie zdecydowałam. Niech będą świadectwem, że jesteśmy tylko ludźmi. I ja, i on. Że popełniliśmy błędy, oboje. To była dla mnie ogromna lekcja pokory, za którą autorce tamtej wiadomości jestem wdzięczna. Za te ciary na plecach, jak czytałam tego maila. Miałaś rację, wiem, wiedziałam to od samego początku.

Ale póki co, niech te posty sobie wiszą. I przypominają, że kryzysy nie muszą być końcem. Mogą być początkiem czegoś jeszcze piękniejszego. Bóg z wszystkiego potrafi wyprowadzić dobro. Nawet z naszych słabości i z naszych błędów.

Czasem trzeba coś spalić do cna, żeby z popiołów zbudować coś jeszcze wspanialszego.

środa, 10 grudnia 2014

Co dwie głowy...

... to nie jedna.

Zaczynam wątpić w medycynę.

Z racji swojego wcześniactwa, oprócz przychodni rejonowej, Adaś jest również pod opieką pediatry neonoatologa z przyszpitalnej poradni patologii noworodka.

I tak skończył się nam kwas foliowy, który podawaliśmy mu razem z żelazem. Kwas foliowy jest na receptę, więc idę do pediatry z przychodni rejonowej i proszę o receptę:
-Kwasu foliowego nie daje się cały czas. Najczęściej  kończy się jedno pudełko, także już nie ma takiej potrzeby. Żelazo podaje się przez pierwsze pół roku albo rok, w zależności od wyników, ale kwas foliowy tylko na początku.
No cóż, jak nie ma potrzeby to nie ma. Ale kilka dni później w poradni noworodkowej:
-Ma pani jeszcze kwas foliowy? Bo jak nie, to wypiszę.
?!

No i ciągły płacz Adasia. Przerzuciłam internet, wyczytałam, że może to być refluks. Sugeruję to pediatrze w ośrodku zdrowia:
-Nie, refluks w tym wieku nie powinien dawać takich objawów. Czasem zapalenia układu moczowego mogą się w ten sposób objawiać, więc dam skierowanie na badanie moczu.
Niezrażona pytam się o to samo pediatry w poradni noworodkowej:
-Tak, to może być refluks. Tylko żeby diagnozować refluks robi się skomplikowane badania, ale najprościej zacząć od zagęszczania mleka NUTRITONem. Dam też pani skierowanie na USG brzuszka pod kątem refluksu. Jeśli po zagęszczaniu mleka będzie poprawa, będziemy badać dalej. Bo możliwe że po prostu taka jest jego uroda, że jest taki niespokojny, ale najpierw trzeba wykluczyć wszystkie problemy medyczne. Także na razie ten NUTRITON, USG, a potem zobaczymy co dalej.

No i zagęszczam od wczoraj to mleko i patrzymy co dalej. Śpi spokojniej, to na pewno, ale czy to kwestia NUTRITONu, czy tego, że Antonek razem z towarzyszącym mu niezmiennie rozgardiaszem został na noc u baby, tego jeszcze nie wiem.

Także tego... wiem, dlaczego nie poszłam na medycynę. Za głupia jestem po prostu.

Dzisiaj jeszcze czeka nas prawdopodobnie wizyta u chirurga dziecięcego bo Adaśkowi, najprawdopodobniej od paznokcia, spuchł paluszek. Także wiecznie coś. I kontrolne usg bioderek też dzisiaj, bo na pierwszym jeszcze te bioderka niedojrzałe były i mały dostał oznaczenie aII.

Mały waży 5,4 kg, czyli pół Antośka:) Za to Antoni zaliczył bilans dwulatka z skierowaniem na badania z powodu słabego przybierania na wadze.

No i żeby nie było wiecznie o Adaśku, Antoni też nas niezmiennie zaskakuje. W życiu bym się nie spodziewała, że wyrośnie z niego taki grzeczny chłopiec. Żywym srebrem był, jest, i pozostanie:) Swoje fochy ma, jak na dwulatka przystało, ale generalnie grzeczny jest. Sprząta zabawki jak go się przypilnuje, rwie się do mycia ząbków (widocznie słodka ta pasta dla dzieci), w kontaktach z innymi dziećmi też raczej jest bezproblemowy- co sprawdzamy na cotygodniowych spotkaniach klubu mam:) Chodzi na nóżkach, bez wózka, w sklepie nawet jak coś mu się spodoba to nie ma problemu żeby to zostawił na miejscu- czy to kwestia tego, że ja po prostu z nim nie dyskutuję zbyt długo, mówię tylko: "Odkładamy to, bo tego nie kupujemy, chodź szybciutko po chleb i do kasy?". Wtedy nie ma zbyt dużo czasu na zastanawianie się, czy odłożenie danej zabawki faktycznie jest dla niego dobrym pomysłem;) Daję mu dużo swobody, nie zabraniam niczego ot tak, ale co nie wolno, to nie wolno, i mówię mu jasno dlaczego. Nie latam za nim jak niektóre mamy z klubu za swoimi pociechami. Ostatnio, jak był zmęczony, położył się do łóżeczka i po prostu zasnął sam.

A dzisiaj cisza... Aż mam ochotę dla siebie samej włączyć strażaka Sama na Youtubie i obejrzeć...

I apropo klubu jeszcze. Ostatnio rozmowa zeszła na radzenie sobie z dwójką dzieci z różnicą właśnie plus minus 2 lat. I chyba jestem jedyną mamą (no jeszcze koleżanka jedna), która w tej sytuacji nie oddała albo nie planuje oddać starszego dziecka do żłobka. Bo przecież z dwójką nie można sobie poradzić? Czasem zajmują się nim dziadkowie, to prawda, ale to wtedy, kiedy muszę jeździć z Adaśkiem po całym Trójmieście po specjalistach. I też doszliśmy już z Mężem do wniosku, że lepiej podrzucić go na godzinę koleżance z naprzeciwka niż ciągle odwozić do dziadków (chyba że to wojażowanie trwa po kilka godzin dziennie, jak dziś i jutro, to wtedy nie chcemy dziewczyny która sama ma 7 miesięczną córkę obciążać na tak długo), bo to, że tyle czasu spędza poza domem, ma na niego zły wpływ. I nie wiem, póki co jakoś sobie radzę. Wysprzątane nie jest, to fakt, obiad często taki żeby z głodu nie umrzeć, Antek do 10 w piżamie i zaczyna dzień od Strażaka Sama, żebym mogła w tym czasie Adasiem się zająć, ale sobie radzimy. I to mimo tego, że Adaś z tych śpiących całymi dniami dzieci nie jest, dwa dni temu jak wstał o 6:30 to do 21 przespał w łóżeczku pół godziny i trochę w wózku pokimał, resztę czasu przepłakał, a jak nie płakał, to się rehabilitowaliśmy.
Wczoraj i dzisiaj śpi już więcej, ale od wczoraj właśnie Antośka nie ma, a Adasiek na NUTRITONie, więc się nie liczy;P
I dzisiaj... to kurcze nudzę się. I na bloga mam czas nawet:))) Nuda to niesamowite doświadczenie, naprawdę:) Choć zamiast nudzić się, powinnam posprzątać:) I chyba tak właśnie zrobię, bo Mąż wróci z pracy i tym razem będzie miał rację, że cały dzień nic nie robiłam:)

Pozdrawiamy Was serdecznie na dobrą środę! :)