"W każdym małżeństwie to nie droga jest trudna, lecz trudności są drogą"
(Soren Kierkegaard)

poniedziałek, 1 września 2014

6 tygodni...

...po porodzie to czas na wizytę kontrolną. I czas na postawienie ważnych pytań.
-Czy jakbym chciała mieć jeszcze dzieci, to w ogóle jest możliwe, żebym ciążę donosiła?
-Możliwe... na pewno by trzeba był założyć szew przed 14 tygodniem... Ja bym mógł go założyć ale prywatnie w Swissmedzie... Można wystawić skierowanie i próbować na NFZ ale w szpitalu pewnie będą się zżymać, że nie, że nie ma wskazań... Ale trzeba próbować, może by założyli.
-Tak, tylko czy ten szew się nie zsunie?
-Może tak być... to tylko medycyna... czasem robi się wszystko żeby donosić a i tak się nie udaje... Zawsze jest takie ryzyko.
-No właśnie...
-Można próbować z krążkami... Ale jakbym swojej córce miał radzić, to ten szew przed 14 tygodniem... porządnie założony na długiej jeszcze szyjce... i na pewno brak współżycia całą ciążę... wtedy może jest szansa.
Zamknęłam drzwi i wybuchłam płaczem. Jedyna szansa to ta, która już raz zawiodła i której już nie ufam.I pewnie już nigdy nie zdecyduję się zaufać.
Nie rozumiem, dlaczego tak jest. Dlaczego jedne kobiety stają na głowie i robią wszystko, by dzieci nie mieć. A te, które chcą, albo nie mogą zajść w ciążę, albo nie mogą donosić.
Tak bardzo rozumiem te wszystkie pary, które latami bezskutecznie starają się o dziecko. Tak bardzo rozumiem ich ból. Chociaż im pewnie jest jeszcze ciężej. Ja swoich dwóch skarbów, dwóch cudów się doczekałam.
I czuję okropny ból, rodzierający ból na myśl, że już nie będziemy mieli więcej dzieci. Bo pewnie nie będziemy mieli. Ból prawie fizyczny. Nie do udźwignięcia na tą chwilę. Nie umiem sobie z nim poradzić. Chyba śmierć swoich marzeń też trzeba opłakać.
Odgradzam się od tego wszystkiego. Nie będę już do tego wracać. Nie będę o tym myśleć i wspominać. Może Bóg z czasem ukoi moje serce i ten ból.
Wciskam słuchawki na uszy i włączam głośną muzykę, żeby nie slyszeć własnych myśli i emocji.

czwartek, 28 sierpnia 2014

***

Jeszcze nie zdążyli odstawić antybiotyku, a mamy kolejną infekcję i silną anemię. Adaś będzie miał dzisiaj przetaczaną krew, modlimy się żeby wszystko poszło dobrze. Chcemy go ochrzcić, choć moja padnięta psychika protestuje jak może, jakby wiedziała, że wtedy będzie musiało do niej dojść wreszcie, co się dzieje i będzie wobec tego wszystkiego zupełnie bezradna. Tak, wiem, jak go ochrzciy,  to nie znaczy, że on od razu umrze, ale nie potrafię sobie tego przetłumaczyć, tak głęboko w sercu mam jakiś opór i coś we mnie krzyczy, że przecież nie jest JESZCZE tak źle? Nic się nie może przecież jemu stać?  Wmawiam sobie, że nie ma potrzeby, że będzie czas, że wszystko jest dobrze, nic się nie dzieje- odgradzam się wielkim murem od rzeczywistości i przynajmniej mam złudzenie, że jest normalnie, choć wszystko stoi na głowie.

niedziela, 24 sierpnia 2014

Walczymy...

Nasza walka ma dwie strony. Jednym i najważniejszym bohaterem jest
Adaś:) ale z drugiej strony, ja też walczę. O to, by karmić. To że
mleka jest mniej, to jedno. Póki co wystarczy, a dalej, wierzę, że
przy dziecku uda się rozkręcić laktacje bardziej... Ale drugie,
ważniejsze zmartwienie, to to, że moje mleko szkodzi. Adaś wyraźnie
źle na nie reaguje. A po nutramigenie problemy brzuszkowe od razu
znikają. Zaczęłam bardziej pilnować diety, wylewać pierwsze, bardziej
laktozowe mleko i nic. Od wczoraj jem tylko chleb z szynką i to tą
sprawdzoną, która jadłam przy Antku, bez soi i białka mleka. Jak nie
będzie poprawy, to już nie wiem co wyeliminować z jedzenia :( chyba
wszystko. Bo wtedy jako ewentualny alergen tylko już gluten zostaje?
Ale gluten ponoć nie przenika do mleka? A położne coraz częściej
mówią... Że niestety... Może być tak, że tylko nutramigen zostanie...