"W każdym małżeństwie to nie droga jest trudna, lecz trudności są drogą"
(Soren Kierkegaard)

wtorek, 14 października 2014

Podwójna mama II

Czasem jest zmęczenie.
Wczoraj Mąż wstaje do pracy i pyta się mnie:
-Gdzie jest Adaś?
-Tutaj u mnie na rękach,nie widzisz?- odpowiedziałam zaspana.
Adaś oczywiście na rękach nie był, tylko u siebie w łóżeczku. To tylko ja już nie kojarzę, co jest naprawdę, a co mi się śni. Nieraz przysypiałam na siedząco, trzymając Adasia do odbicia.
Czasem są nerwy. 
Akcja odpieluchowania Antonia zakończona fiaskiem, nie ten czas chyba jeszcze. On mógł z kupą w majtach biegać i w ogóle na to nie wracał uwagi. Kupa wylewała się  po drodze ze slipek a on nic. Tylko matka miała dodatkową robotę i dodatkowe nerwy, bo tu Adaś kolkuje, tu wylewająca się kupa i uciekający po domu Antek, tu obiad na gazie, jeden chce jeść, drugi chce pić, jeden chce na ręce, drugi chce opa, jednemu trzeba zmienić pieluchę, drugiemu siki lecą po nogach... Stwierdzam, że jeśli komuś udało się nawet przez chwilę nie zostawić samego płaczącego dziecka, w myśl, że nie ma nic ważniejszego niż jego potrzeby, to znaczy, że ma tylko jedno dziecko.
Są kłótnie, jak wczoraj.
Wczoraj już myślałam że nasza trzymiesięczna sielanka dobiegła końca i wraca szara rzeczywistość nierozumienia siebie i wiecznych złośliwości i pretensji. Ja sie nie hamowałam nawet, bo nie miałam siły, zmęczona zarwanymi nocami. On też się nie hamował, pewnie też zmęczony. Wracamy do punktu wyjścia? Nie, kochani:) Nawet jak byśmy chcieli,to przecież już jesteśmy bogatsi o wszystkie doświadczenia tych ostatnich miesięcy, jesteśmy bogatsi o wzajemne zaufanie, wiarę we własną miłość i w to, ile od nas zależy. Trzy razy zastanowiłam się, czy zrobić Mężowi herbatę (a niech sam sobie zrobi za to wszystko, co ja mu będę usługiwać! Już nigdy mu nie zrobię żadnej herbaty!), ale zrobiłam. Dzień zakończyliśmy wspólną modlitwą, pierwszą od nie pamiętam kiedy, i pogodzeni, a dzisiaj już było spokojnie, bo i noc spokojniejsza. Dzisiaj to mam nawet ochotę mecz z nim obejrzeć:)
Jest też radość i zabawa.
Z Antośkiem piekliśmy ciastka maślane. Pół domu w mące, on sam w mące, a do ciasta musiałam wbić dodatkowe jajo żeby się posklejało, bo Antek szczególnie upodobał sobie sypanie mi do miski mąki bez umiaru.
Jest i zniecierpliwienie,
bo mimo że te ciastka to miała być zabawa, kilka razy puściły mi nerwy, między innymi kiedy Antek sypał mi tą mąkę do ciasta i sypał:/ Matka musi uczyć się cierpliwości, to ciągle moja słaba strona. A do tego Adaś ciągle płakał w tym czasie, chyba spokojną noc odreagowywał, tu Adaś placze, tu mąka fruwa po pokoju, a kawa już dawno zimna... Aaaa!
Jest też wiara.
Wygrzebałam się wreszcie z tą moją dwójką na pierwszy spacer. Poszliśmy na różaniec do kościoła, bo był 13. Antek troszkę biegał po kościele i po minach starszych pań widziałam że nie jesteśmy mile widziani, więc do końca nie wytrwaliśmy. Sama z tego różańca miałam niewiele, bo wiadomo, potomstwa trzeba było pilnować, ale myślę, że i tak Bóg widział :)
I jest miłość i spełnienie.
Dzisiaj  Mąż pojechał odwieźć Antonia na noc do babci. Wczoraj nie mogłam się tego doczekać, nerwy nie wytrzymywały, a dzisiaj już mi go brakuje. Tak pusto jakoś i cicho. Ostatnio nasz dom nabrał wreszcie atmosfery. Nabrał ciepła. Dzięki dzieciom. I dzięki takiej naszej zwyczajnej do siebie życzliwości.
A nasze życie zyskało nowe perspektywy.
Z narodzinami Adasia w naszym życiu zawitało coś więcej niż nowy człowiek. To nowe życie w szerszym wymiarze.
Pojedyncza mama była wiecznie zmęczona, przytłoczona obowiązkami, życiem. Bez wiary, bez nadziei, bez sił.
Mama podwójna kipi energią i nadzieją, przestała się zadręczać, cieszy się wszystkim:) Jakby to kruche życie, które trzyma w rękach, a które przecież tak szybko mogło zgasnąć, nauczyło ją, że nic nie jest dane raz na zawsze. O wszystko się trzeba starać i wszystkim cieszyć... bo wszystko jest tak kruche, jak to maleńkie życie. I o wszystko trzeba walczyć z takim samym uporem, jak o to maleńkie życie walczyła.
I nauczyło ją, że są sprawy ważne i ważniejsze. Jest duma, która każe za złośliwość odpłacać się złośliwością, i jest życzliwość, która chce zrobić herbatę. Jest dystans, który nikogo do siebie nie chce dopuścić bo boi się przyznać do słabości, i jest otwartość, która ufa i się nie lęka, i buduje bliskość. Jest perfekcjonizm który chce mieć czystą podłogę i udane ciastka, i jest radość, która cieszy się uśmiechem dziecka wsypującego bez umiaru mąkę do miski, choć wie, że trzeba będzie kombinować, żeby to ciasto zreanimować. I jest pycha, kiedy myślisz, że wszystko zależy od ciebie, i jest zawierzenie, kiedy wiesz, że wszystko w Jego rękach...
I jest Miłość. Jedna jedyna. Największa. Miłość, źródło życia.
A Adaś śpi w moich ramionach taki spokojny. Ufny. Taki cichy.
A za oknem już robi się ciemno i kolejny dzień staje się wspomnieniem.

sobota, 11 października 2014

11.10.14...

Dzisiaj miałeś się narodzić.
Miałeś być pulchniutki i różowiutki i ważyć przynajmniej 3,5 kg.
Miałeś krzyczeć.
Miałeś po raz pierwszy possać pierś.
Miałeś być już ze mną.

Narodziłeś się prawie trzy miesiące szybciej.
Byłeś chudziutki i siny z niedotlenienia i ważyłeś 1,320kg.
Byłeś taki cichy, bo nie potrafiłeś wziąć oddechu.
Nie potrafiłeś jeść, więc podłączyli cię do kroplówek.
Pojechałeś podłączony pod respirator na OIOM, gdzie spędziłeś dwa pierwsze miesiące swojego życia.

Patrzę na ciebie i w głowie mi się nie mieści, że jeszcze niedawno miałeś niewiele ponad kilogram. Ponad trzy razy mniej niż teraz! Jak ty wtedy wyglądałeś? Nóżki jak patyczki, paluszki jak zapałki... Maleńkie ciałko zaplątane w kabelki. Miałam cię na rękach i w ogóle nie czułam twojego ciężaru.

Niewydolność oddechowa.
Zespół zaburzeń oddychania.
Krwawienie dokomorowe I stopnia.
Zakażenia nabyte.
Niedokrwistość.
Tyle już za nami.

Ile przed nami? Nie wiem. Jestem dobrej myśli.

Wiem, że trzymam w rękach CUD.

środa, 8 października 2014

Kobieta silna.

Kiedyś, dawno, dawno temu, znalazłam w książkach mojej mamy "Być kobietą " Ingrid Trobisch.
Nie przebrnęłam przez nią, za młoda i za głupia byłam wtedy.
Dałam ją mojemu ojcu do spalenia do pieca, a on spojrzał, powiedział "Kiedyś ci się ona przyda" i oddał z powrotem.
Po kilku latach do niej wróciłam. Pomogła mi dostrzec w sobie kobietę. I piękno kobiecości, które daje życie. Piękno macierzyństwa. Nie myślałam jeszcze wtedy ani o małżeństwie, ani o dzieciach, ale po jej przeczytaniu nie potrafiłam już spojrzeć na siebie inaczej, niż przez pryzmat siły kobiecości, z myślą, że zostałam stworzona, aby dawać życie, aby być matką.
Przeczytałam też inną książkę Ingrid. O tytule właśnie "Kobieta silna".
Ale nie o niej, wbrew pozorom, będzie.

Dawno, dawno temu- choć przecież nie dawno;)- jechałam kolejką do szpitala odwiedzić Adasia. I nagle uświadomiłam sobie mocno jedną rzecz- że kurcze, w tym wszystkim to jednak jestem silna. Strach, lęk o przyszłość, o to, co nas czeka- to wszystko towarzyszyło mi, wiadomo. Ale na codzień było gdzieś obok. Cieszyłam się porodem, wspominałam go z radością, mimo bólu- bo przecież dzięki temu bólowi przyszło na świat moje dziecko, cieszyłam się macierzyństwem- takim, jakie było mi na początek dane. Zajmowałam się Antosiem, dbałam o dom, przygotowywałam obiad. Sprzątałam, słuchałam muzyki i nie myślałam w ogóle o tym, że może być źle. Nie załamywałam się, wręcz przeciwnie, zaczęłam bardziej o siebie dbać, skupiać się na tym, co dobre. Złe myśli i lęki wylewałam tutaj albo pozostawiałam przed drzwiami szpitala, przed którymi zawsze ogarniał mnie strach i czułam ciarki przechodzące po plecach. Ale na co dzień? Na co dzień żyłam nadzieją. Wiarą. I pewnością, że nie może być źle.

Duża  zasługa w tym była personelu na oddziale. Większość z nich ani słowem nie przebąkiwała o złym scenariuszu. Większość zawsze dawała nadzieję. Były wyjątki, które ot tak potrafiły powiedzieć: no wie pani, są dzieci, które już szykują się do wypisu, a w ciągu jednego dnia umierają od infekcji. No przecież to nic takiego. Dla matki, która właśnie ogląda walkę swojego dziecka z infekcją, to przecież nic takiego, że takie dzieci nieraz w jeden dzień umierają. Tylko strach nagle napełnia mnie całą, każdy zakątek serca, umysłu, strach, że on też odejdzie... Ale strach pozostał przed szpitalem. Do domu, do naszego życia strach nie miał wstępu. Wstęp miała nadzieja.

-Dobrze, że pani jest taka silna i spokojna, tej pani siły i spokoju teraz dziecko najbardziej potrzebuje.- usłyszałam kiedyś, kiedy głaskałam małego przez okienko w inkubatorze. I byłam spokojna. Tuliłam go, śpiewałam mu, kołysałam. Tylko czasami głos się załamywał i łzy kapały na inkubator, a przed chrztem broniłam się, jakby miał on go odprowadzić do grobu.

Ale na co dzień było zupełnie normalnie. Na co dzień tuliłam Antka, tuliłam męża, byłam dla nich. Jaką wielką siłą obdarzona jest kobieta, matka, która swoje lęki potrafi oddzielić od życia codziennego, od swojego dziecka, od swojej rodziny? Która broni ich przed swoim niepokojem?

Kobieta silna. Matka silna. Do tej pory nie rozumiałam co to znaczy, gdy ktoś mówił, że żyje dla dzieci, dla rodziny, że oni są jego siłą.

Ale to przecież wciąż nie koniec. Wciąż bronię nas przed strachem i lękami. Radość wczorajszego dnia zakłóciły wyniki krewki Adasia, silna anemia.
-Jeszcze dwa tygodnie spróbujemy powalczyć w domu, pani zwiększy mu dawkę żelaza...
Jeszcze dwa tygodnie... A co za dwa tygodnie? Znów patrzę na słodko śpiącego Adasia i widzę strach... Ale jestem po to, by go przed tym strachem bronić. Nas wszystkich bronić.Strach zostawiam sobie na za dwa tygodnie. Znów będą ciarki na plecach i gula w gardle przed tym nieszczęsnym szpitalem i poradnią neonatologiczną. Może nawet w domu będzie spakowana do szpitala torba, nie wiem czego się spodziewać... Ale póki co- będzie zupełnie normalnie. Tylko wczoraj po tym telefonie chodziłam jak śnięta, Adaś dostał kolki i cały wieczór, kilka godzin, płakał, tuliłam go, w końcu usnął- a ja obok niego. Dzisiaj jest nowy dzień, trzeba ogarnąć mieszkanie, zrobić obiad, pilnować podawania tego żelaza. Nie ma miejsca na strach i bezsilność. Jestem przecież kobietą. Kobietą silną, matką silną.

Pamiętny sylwester 2006/2007. Tego dnia miała do mnie przyjść przyjaciółka, by razem świętować nadejście Nowego Roku. Pogrążona w depresji siedziałam przy biurku, niezdolna żeby zrobić cokolwiek.Łzy ciekły mi po twarzy i nie byłam w stanie zrobić kompletnie nic. Nakryć stołu obrusem. Przynieść kieliszków. Rozłożyć talerzy. Nic. Nie miałam siły, fizycznie nie miałam siły żeby zrobić cokolwiek Obok mnie leżał telefon, chciałam wziąć go, napisać jej, żeby nie przychodziła, odwołać wszystko, położyć się do łóżka, nie czuć nic, nie przeżywać nic, usnąć... Ale nie miałam siły. Nawet na to nie miałam siły. Ledwie miałam siłę, by płakać.
-Nie! To ma być dobry dzień. Pójdę po te kieliszki. Po te talerze. Nic nie będę odwoływać. Nie pozwolę sobie zabrać tego dnia.
Wstałam. Poszłam po kieliszki. Cieszyłam się jak głupia, że znalazłam tyle siły, by to zrobić. Są kieliszki. Teraz talerze. Wróciłam z talerzami. Wszystko opisywałam w pamiętniku, jako mój wielki sukces. Są talerze, teraz miska z sałatką. Przyszła koleżanka. Bawiłam się na tyle dobrze, na ile to było możliwe w mojej sytuacji.
To był dzień zwycięstwa. Moje prywatne święto. Od tego dnia było już tylko lepiej.
Tego dnia, późno w nocy 1 stycznia, w święto Maryi, oddałam się jej- Kobiecie Najsilniejszej. Ona mnie przygarnęła i doprowadziła do zdrowia.

Tyle czasu minęło od tamtego dnia. A życie wciąż stawia nowe wyzwania. Każe pokonywać bezsilność. Każe zdecydowanie walczyć o swoje życie. O swoją rodzinę. Chronić ją. Każe wierzyć. Każe odkrywać Tego, który jest źródłem siły. Jak Ona, Maryja.

Kochane panie, Bóg nas szczególnie obdarował... naprawdę. Dał nam siły, by znosić tak dużo. By być dla naszych mężów, dzieci, by myśleć o tak wielu ludziach i sprawach, by być spokojem i stabilnością naszych rodzin. Byśmy świadczyły swoją stałością o Nim, o tym, że On tak jak Matka, jest, kocha, przygarnia, myśli o wszystkim, rozumie, czuje i chroni...Do wielkich rzeczy powołana jest kobieta, i nie tylko ta żyjąca w rodzinie, ale także żyjąca w samotności.

Książki Ingrid polecam:) I zachęcam do odkrywania w sobie wielkich darów, które Bóg włożył w nasze serca, i korzystania z nich pełnymi garściami. Bo kobieta nie jest tylko łagodna (To do tej z żebra:P) Kobieta jest przede wszystkim silna.