"W każdym małżeństwie to nie droga jest trudna, lecz trudności są drogą"
(Soren Kierkegaard)

środa, 29 października 2014

Bóg zaskakuje.

-Poproszę bilet studencki do ...
-2,40zł.

I tak siedzę w kolejce i patrzę jak wszystko zostaje w tyle. Żona ma dzisiaj wolne na załatwienie kilku spraw w Adasiowym szpitalu i na uczelni. W głowie tyle myśli. Nostalgia ogarnia na myśl o tym studenckim życiu, które minęło bezpowrotnie. Nauka, kucie w pociągu, kawa z automatu, wygłupy na laborkach, robienie po nocach projektów i czas najwspanialszych przyjaźni. Dla mnie ten czas skończył się tak nagle. Mam dwójkę dzieci, obowiązki, rodzinę. Inny level życia. Jak bardzo inne doświadczenia... Nie mam tylko magistra, pracy, ambicji. Ot, taka kura domowa, co wszystko w życiu postawiła na jedną kartę i wszystko poświęciła.

-Chciałabym podbić legitymację.
-Pani jest na urlopie?
-Tak.

A potem spotkanie z kolegą z roku, już doktorantem. Jest u niego magistrantka.
Doktorant: A ty kiedy wracasz na uczelnię?
Żona: To trudne pytanie.
Doktorant smieje się: No wiesz, ja nie zadaję łatwych. To kiedy wracasz?
Żona: Nie tak szybko. Pewnie nie w ogóle.
Magistrantka: A ty na urlopie jesteś?
Żona: Tak, od trzech lat.
Magistrantka: A na którym roku?
Doktorant śmieje się: Na piątym.
Żona: No, zdaje się, że faktycznie na piątym.
Magistrantka: I nie chcesz już wrócić? Tylko rok przecież ci został!
Żona: Raczej nie. A teraz  raczej już na pewno nie. Zastanawiałam się po pierwszym dziecku, ale z tego zastanawiania się tylko następne dziecko wynikło.
Magistrantka: Ojej! A ile ty masz  dzieci?
Żona: Dwójkę.
Magistrantka: Nie widać po tobie, że już jesteś po dwóch ciążach. A ile masz lat?
Żona: Dwadzieścia pięć.
Magistrantka: Ojej, ojej! Ale ten rok ci tylko został, nie chcesz wrócić? To tylko rok!
Żona: Raczej już nie, choć ciągle nie chcę sobie drogi zamykać, stąd ten urlop. Raczej nie, ale ostateczną decyzję odwlekam jak mogę.

Później:
Doktorant: Spokojnie byś mogła wrócić, na ostatnim roku już prawie w ogóle nie ma zajęć.
Żona: Tak, ale musiałabym płacić za poprawki.
Doktorant: To złóż papiery jeszcze raz. Na pewno cię przyjmą, tu wszystkich przyjmują teraz, zasady się pozmieniały. Zaliczone przedmioty ci przepiszą tak czy siak, bo czemu by nie.
Żona: No ja wiem, ale ja nie poradzę sobie bez was później
Doktorant: Przenieś się na naszą specjalność. U nas nie dało się nie zdać.
Żona: Ale zajęcia... Bym musiała tu dojeżdżać...
Doktorant: Na wykłady nie musisz chodzić. Na ostatnim roku prawie w ogóle nie ma zajęć, a tobie, w twojej sytuacji to w ogóle wszyscy będą szli na rękę, tylko trzeba pogadać.
Żona: No już widzę jak R. mi idzie na rękę... Pamiętasz jak na propabilistyce się na mnie uwziął, bo robiłam koledze angielski na jego ćwiczeniach i mnie specjalnie oblał?
Doktorant: R. ma tylko wykład. Ćwiczenia ma C., też taki młody doktorant, on na pewno ci pójdzie na rękę.
Żona: No tak, ale to co mam niezaliczone muszę jeszcze zdać...
Doktorant: Rozłóż to sobie w czasie. Pogadaj z wykładowcami, zaliczysz to kiedykolwiek, nawet w tym roku, nawet nie w sesji. Naprawdę, tutaj każdy ci będzie ułatwiał.
Żona: Ale te dojazdy, gdybym mieszkała pod politechniką... a tak... trzy godziny w obie strony...
Doktorant: Phi! dojazdy... Mówię ci, u nas były osoby, które dwa razy w semestrze się pojawiły na uczelni... To dwa razy po trzy godzinki...
Żona: Tak, ale ja chyba i tak raczej nie wrócę. Nie widzę sensu.
Doktorant: Zrobisz jak zechcesz. Ale mówię ci, jak jest. Dałabyś radę ot tak. Każdy jak usłyszy w jakiej sytuacji jesteś pójdzie ci na rękę. Byś mogła zaliczać wszystko nawet nie w sesji, kiedy będziesz chciała. Ale zrobisz jak zechcesz.

-Poproszę bilet studencki do ...
-2,40zł.

Koła turkocą,  wracam do domu. z mętlikiem w głowie. Jestem już w domu. Pogadałam z Mężem i podjęłam już chyba decyzję. Taką, której jeszcze kilka godzin temu w ogóle nie brałam pod uwagę, bo nie. Ten urlop miał być drogą w jedną stronę i tylko odwleczeniem tego co nieuniknione. Ale nie pierwszy raz to, jak Bóg układa moje życie, mnie tak zaskakuje.
Macierzyństwo sprzyja podejmowaniu nowych wyzwań. Tych  starych, a kiedyś porzuconych zresztą też.
Wracam od przyszłego roku na studia.

niedziela, 26 października 2014

piątek, 24 października 2014

Jest.

Od sobotniego spotkania Domowego Kościoła na mojej lodówce wisi kartka z fragmentem z Pisma świętego:
"Gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich".

Nas jest już czworo. Zebranych w Jego imię, bo przecież On pobłogosławił nasze małżeństwo. Więc i On tu jest. Pośród nas. W tym bałaganie. Między wrzaskiem "MAMAAAA!" Antosia a płaczem głodnego Adasia. Między praniem a gotowaniem, zmywaniem i zabawą. Jest w zmęczeniu, w slużbie, i w miłości.

Choć tak rzadko o tym pamiętam. 

Słyszeliście o modlitwie wieszaniem prania? Wieszam bluzkę Antosia, modlę się za Antośka, wieszam bluzkę Męża, modlę się za Męża, wieszam kaftanik Adaśka, modlę się za Adaśka. 

Chcę Go szukać w moich obowiązkach żony, matki i w mojej pracy.

A myślami jestem w Katowicach. Wstrząsnęło to mną mocno, ich synek był w wieku Antośka... Jak kruche jest życie... Jedna chwila... i nas nie ma. Przynajmniej nie tutaj, bo przecież wierzymy, że śmierć niczego nie kończy.