"W każdym małżeństwie to nie droga jest trudna, lecz trudności są drogą"
(Soren Kierkegaard)

czwartek, 18 września 2014

Karmimy. + dopisek

Dzisiaj trzeci dzień Adaś jest wyłącznie na mleczku mamy. Ssie pięknie, ale czasem, mimo że duch silny, to sił braknie... a wtedy ściągam do butelki i z butelki pije mamine. Po prawie dwóch miesiącach- najpierw odżywiania pozajelitowego, później sond, a na końcu butli z mm. Mam drastyczną dietę, ale czy to ważne?
Jesteśmy zwycięzcami. Oboje:)

Dopisek: Od godziny wydzwaniam do przychodni i próbuję umówić Adasia do specjalistów. Od godziny nic nie zalatwilam. Masakra jakaś. Albo nikt nie odbiera, albo wiecznie zajęte,  albo termin do okulisty na listopad, jak potrzebuję w przyszłym tygodniu:( Masakra jakaś. Chce mi się płakać, tyle mamy już za sobą żeby się wyłożyć na durnej biurokracji...

poniedziałek, 15 września 2014

Rodzice i dzieci

Armagedon. To znaczy dzień jak co dzień. Zabawki są w s z ę d z i e. Idę, potykam się o pamiętnego łosia przywiezionego ze Szwecji, siadam na czajnik który Antek przytargał z kuchni, zbieram z podłogi porozrzucaną układankę.
Dzień jak co dzień, i co dzień jak to widzę, jakieś takie wzruszenie łapie za serce.

-Teraz widzę, że bardzo dobrze zrobiłam, że za ciebie wyszłam.
-Dlaczego?
-Bo nam bardzo ładne dzieci wychodzą.

Kiedyś, jak jeszcze byłam w ciąży z Adasiem, zadzwonił do mnie kuzyn:
-No, to teraz będziecie dopiero prawdziwą rodziną! Bo do tej pory byliście tylko malżeństwem z dzieckiem. A prawdziwa rodzina zaczyna się od dwójki dzieci.
Trudno się z tym zgodzić, tak, by nie umniejszać małżeństw z jednym, lub tym bardziej, bezdzietnych. Ale teraz, jak zawitał do nas Adaś, to jeszcze trudniej mi się z tym nie zgodzić. Póki był sam Antoś... Faktycznie, jak byśmy byli małżeństwem z dzieckiem. Teraz jest inaczej. Armagedon jeszcze większy, bo prócz zabawek walają się wszędzie smoczki i butelki. Toniemy w pieluchach. Ale nawet nie o to chodzi. Wszystko nabrało jakiejś takiej... rodzinności. I jednocześnie sama określiłabym to tak samo jak ten mój kuzyn, a z drugiej strony bym tego tak nie określiła.
To, co nie ulega wątpliwości, że każde kolejne dziecko jest w naszym domu okruchem Boga. Na pewno. To on sam, w tej maleńkiej, ważącej niewiele ponad 2 kg, istotce. I każde kolejne każe nam klękać jeszcze pokorniej przed darem rodzicielstwa, ale i małżeństwa.

Rano Antoś podaje mi mój pierścionek zaręczynowy, leżący na komodzie:
-Mami, mami...
-Tak, to jest pierścionek mamy.
Potem obrączka.
-Tati, tati...
-Nie, to jest obrączka mamy, tata wziął swoją do pracy.
-Mami, mami.
-Dasz mi ją?
-Mami, mami- protestuje, a potem nakłada mi ją na palec. Skubany, nawet już wie, na który.

Jeszccze kilka dni... i minie nasza trzecia rocznica. Nie wiem, czy w tym zabieganiu znajdę czas żeby tu o tym wspomnieć:) Inna niż dwie poprzednie, bo przez to, co się w naszym życiu ostatnio zadziało, nie mieliśmy kiedy pomyśleć o zamówieniu mszy św w naszej intencji, jak co roku... Ale za to polecamy się Wam:) Wspomnijcie o nas...

Po zawirowaniach życia codziennego, krętych ścieżkach i kryzysach... przyszedł czas na doświadczenie spokoju... Patrzę na nas, na nasze życie codzienne, i wiem, że się w ogóle nie zmieniliśmy... Ja jestem dalej nerwowa i uparta jak osioł, a on jest dalej złośliwy i uparty jak i ja... My się nie zmieniliśmy nic a nic... ale w naszym małżeństwie jednak coś się zmieniło.
Patrzę na nas, na nasze dzieci, na rodzinę którą tworzymy jako całość i wiem, że te trzy lata temu dokonałam najlepszego wyboru jakiego mogłam- nie, nawet nie chodzi o to, że wybrałam jego- chodzi o to, że powierzyłam nas, nasze małżeństwo Bogu.
On poprzez kręte ścieżki, shematy wyuczone w domu rodzinnym, w które tak łatwo wchodzimy, z problemów, wątpliwości i chwiejącej się hierarchii- kto jest ważniejszy, mąż czy dziecko- On nie zawiódł i przez to wszystko wyprowadził nas na prostą.
Jak widzę te wszystkie moje błędy, proste rzeczy, które jednak mialy wplyw na nas, na nasze malżenstwo, codzienność, którą budowaliśmy- wszystkie pretensje, oddalanie się, to, że zasypiałam przytulona do dziecka, a nie do Męża, zalewałam go morzem wyrzutów: Bo ja dla ciebie... a ty dla mnie nic... i nie dostrzegałam w nim człowieka, który mnie kocha... Jak widzę jego błędy, jego ucieczki, jego oddalenie i brak wsparcia, jego bierność.. listą tego wszystkiego szło by wytapetować pokój. Mimo wszystko, i tak wiem, że nawet wtedy, gdy wszystko szło nie tak, kochaliśmy się prawdziwie, tak jak tylko potrafiliśmy. Po prostu sytuacje, niektóre okoliczności nas przerosły...
Bóg nie zawodzi, nigdy.

Nie łudzę się, że teraz już zawsze będzie dobrze;) Nie będzie, bo nic nie jest dane nam raz na zawsze. Ale Bóg ma nas w swoich rękach. Wierzę w to mocno.

sobota, 13 września 2014

W domu

Po długim czasie- wreszcie we czwórkę w domu.
Przy wypisie lekarz prowadzący Adasia strasznie mi ciśnienie podniósł, bo ile razy wcześniej z nim rozmawiałam, to było: o tym porozmawiamy przy wypisie, przy wypisie, przy wypisie. A przy wypisie wręczył nam dokumenty, powiedział co musiał powiedzieć, nie raczył nawet konkretnie odpowiedzieć na moje pytania: (-Na kiedy się umówić do przychodni rejonowej? -Na kiedy pani chce...), a więcej pytań zadać nie zdążyłam, bo mi przerwał, powiedział: -To wszystko, do widzenia- i najzwyczajniej w świecie sobie wyszedł.
Zostaliśmy z masą pytań i ptasim mleczkiem, które kupiłam dla lekarzy, ale ani z jednym, ani z drugim już za nim nie chodziłam. Jak ma mi z łaską odpowiadać, to niech nie odpowiada w ogóle. Papiery podpisane, dziecko wypisane, kolejny pacjent odhaczony- więc co ja w ogóle chcę? Tylko że dla nas to nie jest numerek, tylko nasze dziecko.
To, co wiedziała, podpowiedziała nam położna. Dzięki niej mieliśmy czym karmić naszego Adasia, bo nasz lekarz nie raczył nam powiedzieć, że mleko modyfikowane dla wcześniaków trzeba w aptece wcześniej zamówić. Resztę dopytamy u pediatry albo w przychodni noworodkowej. O ile zdążymy tam dotrzeć.
Bo dzisiaj już spakowałam znów torbę dla siebie i Adaśka do szpitala. Mały od wczoraj bardzo słabo jadł i  ogólnie słabo wyglądał, dzwoniłam na OIOM ale jedyne, co poradziła mi lekarka,to obserwować i jechać do szpitala na oddział dziecięcy, jeśli czuję, że coś się dzieje. I, nawet jeśli panikuję, z kwitkiem raczej nas nie odeślą, tylko na pewno wezmą na oddział, bo takich wcześniaków każdy się boi, nigdy nie wiadomo, co się może z nimi dziać. Torbę spakowałam, Mąż pojechał odwieźć Antonia do dziadków- a Adaś w tym czasie nabrał chęci do jedzenia, i, choć powoli, zjadł swoją porcję. Więc czekamy i obserwujemy, i mamy nadzieję że torba się nie przyda.
Ja w międzyczasie też się już sypię, starość nie radość. Chodzę zmęczona bo ciągle się boję, głowa boli nieprzerwanie, a przy okazji odezwaly się moje skłonności do żylaków. Moje nogi pod koniec dnia ważą chyba ze sto kilo, puchną i bolą. Smaruję czym mogę, żeby sobie ulżyć.
I tak- wreszcie w czwórkę w domu. Dzień mija za dniem, na razie jeszcze wszystko stoi na głowie, wieczny stres, zerkanie, czy monitor oddechu jest na pewno włączony, czy Adaś nie jest blady, czy dobrze zjadł, czy nie zmarzł, martwienie się, bo Antoś na niego kichnął albo kaszlnął, itd, itp... Ale z czasem, powoli, mam nadzieję, ze wszystko wróci na swoje tory.